środa, 7 lipca 2010

Wsiąść do pociągu byle jakiego...

Bartek: Przepraszam za opóźnienia, ale wczorajszy dzień upłynął nam pod znakiem podróży i do tego okazało się, że gniazdka włoskie nie są tak proste w obsłudze jak polskie i nie było prądu :P Ale podróż samolotem na szczęście minęła bez większych kłopotów. Jak zwykle start z Ławicy (w czasie mżawki :P), przelot do Monachium, zwiedzanie wszystkich sklepów z Moniką (śpię...)


Monika: Masssakra, ile na takim lotnisku może być sklepów. Piętnaście minut szło się w jedną stronę, część trasy pokonując chodnikiem ruchomym. A do tego na lotnisku były darmowe automaty do kawy, herbaty, czekolady i innych rzeczy umilających oczekiwanie na przesiadkę. No i Bartek zapomniał wspomnieć o wielkiej torbie żelek, którą kupiliśmy sobie na początek wylotu!
B: Oj tak! To bardzo ważna nowa tradycja! Oczywiście może powodować różne warianty choroby morsko-lokomocyjnej, ale w końcu Pan Bóg dał nam rozum, abyśmy wiedzieli ile żelek zjeść przed odlotem!
Poza tym lotnisko jak lotnisko, ale samolot ! Turkusowy Embraer linii AirDolomiti.
M: Ale i tak na przelocie do Monachium były o wiele lepsze kanapki. I do tego dali nam batonika!
B: Dobrze, to teraz troszkę już o samym Rzymie. Wyjście z lotniska (a właściwie z samolotu) było niczym wejście w środku zimy do Palmiarni. Masa gorącego i wilgotnego powietrza tak nas otumaniła, że nie wiedzieliśmy, gdzie jest wyjście.
M: Warto też wspomnieć, że od razu przy wyjściu z samolotu wiadomo w jakim się jest kraju. W Monachium u Niemców wszystko chodzi jak w szwajcarskim (a raczej niemieckim)zegarku. Natomiast u Włochów co najwyżej jak w szwajcarskim serze. Nikt nic o niczym nie wie, wszystko jest spóźnione i generalnie panuje chaos...
B: Ale za to przyjemny pan na lotnisku idealnie pokierował nas do pociągu, którym dojechaliśmy do centrum Rzymu.. No może prawie idealnie, bo pokierował nas peron, gdzie nikt nie wiedział o jaki bilet nam chodzi, gdzie właściwie chcemy jechać i w ogóle po co :P Summa summarum dojechaliśmy do centrum na złym bilecie, ale pan konduktor okazał się łaskawy (być może dlatego, że udawaliśmy zupełnych analfabetów).
M: Warto dodać, że oprócz złego biletu, pokierowano nas do pociągu, który radośnie minął naszą stacje i zatrzymał sie kilka stacji dalej. Trzeba było wracac się metrem.
B: Ale ostatecznie jak w hollywoodzkim filmie wszystko dobrze się skończyło, bo po dalszej jeździe metrem i marszu (oczywiście pod górkę!) dotarliśmy do upragnionego chłodu hotelowego pokoju. O pokoju tymczasem innym razem...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz