B: Dzisiejszy dzień, jak przystało na dzień święty, rozpoczęliśmy od solidnego śniadania - jak zwykle z świeżo pieczonymi grzaneczkami oraz kawą. Wyprawa do Bazyliki Św. Piotra na Watykanie miała dziś dwa cele. Pierwszym z nich było uczestnictwo w mszy świętej przy głównym ołtarzu. Drugi - wejście do krypt papieskich. Wejście na kopułę pominęliśmy z przyczyn praktycznych - zbyt drogo i zbyt wielu Japończyków postanowiło się tam wybrać!
Msza w takim miejscu nie ma typowego charakteru parafialnego. Przede wszystkim wejście do sektora/nawy, gdzie odbywa się dana msza jest bardzo utrudnione. Można zrzucić winę na ochroniarzy, którzy sami się gubią trochę w informowaniu turystów, którędy można właściwie wejść. Z drugiej strony ogromne zainteresowanie pielgrzymów takimi zdarzeniami powoduje całkiem spory zgiełk i bałagan przy bramkach. Poza tym pojawiają się też amatorzy fotografowania "z wszystkim", którzy koniecznie chcą łapać św. Piotra za stopę albo przyciskac dłoń do jego dłoni, ewentualnie wdzięcznie pozują z Duchem Św.
Msza, w której uczestniczyliśmy była po włosku. Uniknęliśmy charakterystycznego "beblania" dzięki przygodnie zdobytej książeczce z tekstem nabożeństwa, którą podała nam pewna sympatyczna Amerykanka (warto dodać, że zapytała nas czy to wszystko również wydaje nam się "so amazing" - stąd wiem, że Amerykanka ;). Oczywiście nasz włoski nie należy do kanonu wymowy italskiej, ale z zapałem neofitów oddaliśmy się głośnemu powtarzaniu włoskich sentencji. Ksiądz wygłosił też pięknie niezrozumiałą homilię. Mimo licznych spojrzeń na Ducha Św. nad ołtarzem, niestety nie udało mi się wybłagać dla nas daru języków - zatem to tyle na temat homilii ;) Poza tym z pewnym radosnym uniesieniem można było podziwiać zapał (jak zwykle) Japończyków, którzy nie za bardzo wiedzieli, co się działo podczas końcowej części mszy i spod ołtarza odchodzili z opłatkiem komunijnym w ręku, badając dokładnie czym on właściwie jest. Watykan to kraj bardzo przygotowany na takie przypadki i na szczęście obok stał ochroniarz, który pokazywał nieszczęśnikom, że taki oto chlebek należy po prostu połknąć.

Na koniec mszy mogliśmy podziwiać imponującą moc organów zainstalowanych w bazylice. Organista uraczył nas kilkoma pieśniami na wyjście, które w tych ogromnych wnętrzach brzmiały głęboko i bardzo monumentalnie. Co ciekawe, głos nie uciekał gdzieś daleko, lecz wracał bardzo dalekim, nieco ponurym echem, ale takim, które nie przeszkadzało w odbiorze muzyki.
Po wyjściu z mszy przedreptaliśmy w kierunku krypt papieskich. Znajduje się w nich również grób papieża Jana Pawła II. Po przejściu kilku kroków i minięciu kilkunastu innych sarkofagów (zawierających szczątki wyłącznie bardzo zasłużonych dla państwa Watykan papieży) doszliśmy do prostego, acz bardzo ładnego nagrobka Jana Pawła II. Niewielka grupka turystów jest tam ciągle obecna i ochroniarze nie pozwalają zbyt długo pozostawać w tym miejscu ze względu na szybko tworzący się wówczas zator. Ciekawostką jest również grób jednego z papieży (tu zagadka dla czytelników: jego kuzynem był cesarz Otton III), który został przyjęty na tron piotrowy w wieku 27 lat !


Wyjście z bazyliki nie było miłą dla nas chwilą. Spotęgowany przez wyłożony kostką brukową upał zaczął smażyć nasze ciała bardzo intensywnie. Celem dalszej wycieczki stał się naturalnie park Villa Borghese, położony na północny wschód od Watykanu, kilka stacji dalej. To miejsce jedynego ratunku przed takim skwarem jakie można znaleźć w całym Rzymie (tu uwaga: Rzym jest tak zabudowany, że w środku miasta poza limatyzowanymi pomieszczeniami nie ma prawie żadnego miejsca, gdzie byłoby naprawdę chłodno !). Nazwa parku chociaż przywodzi na myśl luksusowy dom, oznacza tak naprawdę spory kompleks willowo-parkowy, w którym zgromadzone są rezydencje z różnych epok, przeważnie przerobione na mniej i bardziej ambitne muzea. Ciekawostką najmilszą naszym sercom było odkrycie willi Poniatowskiego, a także placu Sienkiewicza (nazwa nada zapewne za jego zasługi w chwaleniu Rzymu - książką "Quo vadis"). Popiersia pisarza nie znaleźliśmy, chociaż gdzieś podobno jest...

Przy wejściu do parku znaleźliśmy przypadkiem bardzo interesujące muzeum Leonarda da Vinci. Osadzone w zawilgoconych kazamatach, owianych lekkim chłodem, skrywa naprawdę piekne rekonstrukcje wielu maszyn autorstwa genialnego twórcy Renesansu. Liczne reprodukcje na ścianach podkreślają uniwersalność zainteresowań Leonarda, a ustawione w trzech salach rekonstrukcje jego maszyn wprawiają swą pomysłowością w czysty zachwyt. Doprawdy aż trudno uwierzyć, że mógł on konstruować tak przemyślne mechanizmy redukujące tarcie czy przenoszące różne siły bez znajomości praw dynamiki ! Samolot, rower, skafander do nurkowania, łożysko kulkowe, projekt utopijnego, idealnego miasta, to wszystko można tam odnaleźć.




Wracając do atrakcji w parku, warto wspomnieć interesujący zegar wodny, osadzony na środku jednej z sadzawek (którą zamieszkiwał samotny żółw).


W parku można spotkać licznych Rzymian, którzy szukają wytchnienia od upału w mieście, a także przygodnych turystów, którzy tak jak my znaleźli jedyne miejsce rajskiego chłodu pośród sosen i bardzo-wysokich-drzew-z-dziwną-koroną-które-nie-wiem-jak-się-nazywają.
W parku znajduje się też najmniejsze kino (co najmniej w Europie) - 63 miejsca na widowni pod chmurką oraz pomnik Goethego.

Prześlicznym miejscem jest również Ogród Wodny ze Świątynią Eskulapa (na środku małej wysepki), dookoła której turyści i tubylcy radośnie wiosłują w drewnianych łódeczkach (omijając dorodne żółwie wodne!).

Poza tym było jeszcze wiele miejsc w parku, które warto było zwiedzić - zoo połączone z bioparkiem, galerię malarstwa, galerię sztuki współczesnej, a i pewnie warto było pozostać na rozstawionym w centrum parku obozie kibiców Fan Fest FIFA World Cup Finals, ale my tego nie uczyniliśmy... Głód dopadł nas (i to wcale nie taki mały !) około 17. Szybka ewakuacja z parku i .. jesteśmy w centrum miasta. Po krótkiej wędrówce udało nam się odnaleźć przytulną restaurację na uboczu wspomnianej w jednym z poprzednich wpisów Fontanny di Trevi. Oczywiście było dwie pizze - jedna - specjalność szefa kuchni Allegro Pacino, druga - quattro formaggi. Na deser - tiramisu z espresso. Nie muszę dodawać, że wszystko było wyborne. Wzmocnieni mogliśmy już pewnym krokiem oddalić się w stronę zachodzącego słońca, aby dotrzeć do upragnionej oazy zimna w naszym pokoju.


I na koniec! Viva Espana!(*)

(*)Chociaż kibicowaliśmy Holendrom !