poniedziałek, 12 lipca 2010

jak pech to pech

M: Dziś ostatnia wędrówka... Pomału chcemy już wracać, bo pogoda jest tu straszna. Znudziły nam sie upały i duchota i upały i wilgotność i upały... We wtorek pobudka o 5 rano, więc doszliśmy do wniosku, że warto się nie przemęczać i szybciej wrócić do domu bez zmęczenia. Oczywiście nie wyszło ;) Zaczęliśmy multietnicznie - targ przy Piazza Vittorio. Podobno z jedzenia można tu dostać niemal wszystko - od brazylijskiej manioki (mąka), przez eddos (chińskie ziemniaki) aż po podobną do cukinii kalabozę. Zapachy ryb oraz mięsa dosyć szybko jednak nas stamtąd wygoniły.
Następny w planie - Domus Aurea, czyli dom Nerona, który zajmował powierzchnię 2,5 km^2, miał ponad trzysta pokoi, a wejście do niego zdobił pomnik ukazujący Nerona jako boga. Tiaa... Tylko mięczacy używają metra, żeby przejechać dwa przystanki. Idziemy więc twardo pieszo. Niestety czekała tu na nas pierwsza tego dnia niespodzianka - "Zamknięte. Prace w toku."



No to następny punkt podróży - Termy Karakali. Hmm... Nie no, jednego przystanku metrem nie będziemy jechać. Co z tego, że temperatura osiągnęła szczyty - my jesteśmy twardzi idziemy na pieszo. Doszliśmy do term o 12.58. O której zamykane jest wejście? Oczywiście o 13 :P Na szczęście pani bileterka łaskawa, zobaczyła chyba że wyglądamy od upału jak obraz nędzy i rozpaczy i wpuściła nas jeszcze, zastrzegając, że mamy tylko pół godziny. Termy robią niesamowite wrażenie, zachowała się bowiem większość murów. Nie było tu żadnego złota ani marmuru, stąd też nikt nie zniszczył i nie splądrował tego miejsca. Jedynie pomniki i mozaiki powywożono po różnych muzeach.









Zobaczylismy jeszcze przy okazji dokładniej Teatr Marcellusa. I udaliśmy się na posiłek. Jako, że powstał nieuzasadniony zarzut, że ciągle jemy tylko pizze, poszliśmy na gnocchi i tortellini w sosie bolońskim (dla przypomnienia - w środę oraz sobotę sami sobie gotowaliśmy spagetti!).





Następne miejsce - Campo de' Fiori. Czy bedziemy na tyle twardzi, żeby iśc w tym upale na pieszo? Nie no, tacy twardzi nie jesteśmy. Szukamy autobusu... Mijamy jedną ulice, drugą ulicę, trzecią. Znajdujemy kilka przystanków, ale z żadnego nie jedzie odpowiedni autobus. I tym sposobem dochodzimy na pieszo do Campo de'Fiori. Pech jednak idzie za nami od rana i o godzinie 14 ostatnie stoiska zostały już zwinięte, ostatni sprzedawcy zamiatają resztki owoców i sprzątają po sobie. I nici z pięknego włoskiego makaronu... Trzeba szukać gdzie indziej.

Reszta naszej drogi to powrót w stronę metra i zakupy. Zatrzymaliśmy sie tylko na chwilke ponownie przy pomniku Vittoriano.





I tak ostatni dzien naszej podróży dobiegł końca. Teraz tylko spakowanie, a jutro o 8.40 ruszamy do Polski. Żegnaj Italio!

niedziela, 11 lipca 2010

Niedziela ze św. Piotrem

B: Dzisiejszy dzień, jak przystało na dzień święty, rozpoczęliśmy od solidnego śniadania - jak zwykle z świeżo pieczonymi grzaneczkami oraz kawą. Wyprawa do Bazyliki Św. Piotra na Watykanie miała dziś dwa cele. Pierwszym z nich było uczestnictwo w mszy świętej przy głównym ołtarzu. Drugi - wejście do krypt papieskich. Wejście na kopułę pominęliśmy z przyczyn praktycznych - zbyt drogo i zbyt wielu Japończyków postanowiło się tam wybrać!
Msza w takim miejscu nie ma typowego charakteru parafialnego. Przede wszystkim wejście do sektora/nawy, gdzie odbywa się dana msza jest bardzo utrudnione. Można zrzucić winę na ochroniarzy, którzy sami się gubią trochę w informowaniu turystów, którędy można właściwie wejść. Z drugiej strony ogromne zainteresowanie pielgrzymów takimi zdarzeniami powoduje całkiem spory zgiełk i bałagan przy bramkach. Poza tym pojawiają się też amatorzy fotografowania "z wszystkim", którzy koniecznie chcą łapać św. Piotra za stopę albo przyciskac dłoń do jego dłoni, ewentualnie wdzięcznie pozują z Duchem Św.



Msza, w której uczestniczyliśmy była po włosku. Uniknęliśmy charakterystycznego "beblania" dzięki przygodnie zdobytej książeczce z tekstem nabożeństwa, którą podała nam pewna sympatyczna Amerykanka (warto dodać, że zapytała nas czy to wszystko również wydaje nam się "so amazing" - stąd wiem, że Amerykanka ;). Oczywiście nasz włoski nie należy do kanonu wymowy italskiej, ale z zapałem neofitów oddaliśmy się głośnemu powtarzaniu włoskich sentencji. Ksiądz wygłosił też pięknie niezrozumiałą homilię. Mimo licznych spojrzeń na Ducha Św. nad ołtarzem, niestety nie udało mi się wybłagać dla nas daru języków - zatem to tyle na temat homilii ;) Poza tym z pewnym radosnym uniesieniem można było podziwiać zapał (jak zwykle) Japończyków, którzy nie za bardzo wiedzieli, co się działo podczas końcowej części mszy i spod ołtarza odchodzili z opłatkiem komunijnym w ręku, badając dokładnie czym on właściwie jest. Watykan to kraj bardzo przygotowany na takie przypadki i na szczęście obok stał ochroniarz, który pokazywał nieszczęśnikom, że taki oto chlebek należy po prostu połknąć.



Na koniec mszy mogliśmy podziwiać imponującą moc organów zainstalowanych w bazylice. Organista uraczył nas kilkoma pieśniami na wyjście, które w tych ogromnych wnętrzach brzmiały głęboko i bardzo monumentalnie. Co ciekawe, głos nie uciekał gdzieś daleko, lecz wracał bardzo dalekim, nieco ponurym echem, ale takim, które nie przeszkadzało w odbiorze muzyki.

Po wyjściu z mszy przedreptaliśmy w kierunku krypt papieskich. Znajduje się w nich również grób papieża Jana Pawła II. Po przejściu kilku kroków i minięciu kilkunastu innych sarkofagów (zawierających szczątki wyłącznie bardzo zasłużonych dla państwa Watykan papieży) doszliśmy do prostego, acz bardzo ładnego nagrobka Jana Pawła II. Niewielka grupka turystów jest tam ciągle obecna i ochroniarze nie pozwalają zbyt długo pozostawać w tym miejscu ze względu na szybko tworzący się wówczas zator. Ciekawostką jest również grób jednego z papieży (tu zagadka dla czytelników: jego kuzynem był cesarz Otton III), który został przyjęty na tron piotrowy w wieku 27 lat !





Wyjście z bazyliki nie było miłą dla nas chwilą. Spotęgowany przez wyłożony kostką brukową upał zaczął smażyć nasze ciała bardzo intensywnie. Celem dalszej wycieczki stał się naturalnie park Villa Borghese, położony na północny wschód od Watykanu, kilka stacji dalej. To miejsce jedynego ratunku przed takim skwarem jakie można znaleźć w całym Rzymie (tu uwaga: Rzym jest tak zabudowany, że w środku miasta poza limatyzowanymi pomieszczeniami nie ma prawie żadnego miejsca, gdzie byłoby naprawdę chłodno !). Nazwa parku chociaż przywodzi na myśl luksusowy dom, oznacza tak naprawdę spory kompleks willowo-parkowy, w którym zgromadzone są rezydencje z różnych epok, przeważnie przerobione na mniej i bardziej ambitne muzea. Ciekawostką najmilszą naszym sercom było odkrycie willi Poniatowskiego, a także placu Sienkiewicza (nazwa nada zapewne za jego zasługi w chwaleniu Rzymu - książką "Quo vadis"). Popiersia pisarza nie znaleźliśmy, chociaż gdzieś podobno jest...



Przy wejściu do parku znaleźliśmy przypadkiem bardzo interesujące muzeum Leonarda da Vinci. Osadzone w zawilgoconych kazamatach, owianych lekkim chłodem, skrywa naprawdę piekne rekonstrukcje wielu maszyn autorstwa genialnego twórcy Renesansu. Liczne reprodukcje na ścianach podkreślają uniwersalność zainteresowań Leonarda, a ustawione w trzech salach rekonstrukcje jego maszyn wprawiają swą pomysłowością w czysty zachwyt. Doprawdy aż trudno uwierzyć, że mógł on konstruować tak przemyślne mechanizmy redukujące tarcie czy przenoszące różne siły bez znajomości praw dynamiki ! Samolot, rower, skafander do nurkowania, łożysko kulkowe, projekt utopijnego, idealnego miasta, to wszystko można tam odnaleźć.










Wracając do atrakcji w parku, warto wspomnieć interesujący zegar wodny, osadzony na środku jednej z sadzawek (którą zamieszkiwał samotny żółw).







W parku można spotkać licznych Rzymian, którzy szukają wytchnienia od upału w mieście, a także przygodnych turystów, którzy tak jak my znaleźli jedyne miejsce rajskiego chłodu pośród sosen i bardzo-wysokich-drzew-z-dziwną-koroną-które-nie-wiem-jak-się-nazywają.
W parku znajduje się też najmniejsze kino (co najmniej w Europie) - 63 miejsca na widowni pod chmurką oraz pomnik Goethego.




Prześlicznym miejscem jest również Ogród Wodny ze Świątynią Eskulapa (na środku małej wysepki), dookoła której turyści i tubylcy radośnie wiosłują w drewnianych łódeczkach (omijając dorodne żółwie wodne!).



Poza tym było jeszcze wiele miejsc w parku, które warto było zwiedzić - zoo połączone z bioparkiem, galerię malarstwa, galerię sztuki współczesnej, a i pewnie warto było pozostać na rozstawionym w centrum parku obozie kibiców Fan Fest FIFA World Cup Finals, ale my tego nie uczyniliśmy... Głód dopadł nas (i to wcale nie taki mały !) około 17. Szybka ewakuacja z parku i .. jesteśmy w centrum miasta. Po krótkiej wędrówce udało nam się odnaleźć przytulną restaurację na uboczu wspomnianej w jednym z poprzednich wpisów Fontanny di Trevi. Oczywiście było dwie pizze - jedna - specjalność szefa kuchni Allegro Pacino, druga - quattro formaggi. Na deser - tiramisu z espresso. Nie muszę dodawać, że wszystko było wyborne. Wzmocnieni mogliśmy już pewnym krokiem oddalić się w stronę zachodzącego słońca, aby dotrzeć do upragnionej oazy zimna w naszym pokoju.







I na koniec! Viva Espana!(*)



(*)Chociaż kibicowaliśmy Holendrom !

Kapita(o)lny ślub

M: Na szczęście dzisiaj obyło się bez strajków. Korzystając więc z komunikacji miejskiej dojechaliśmy sobie do dzielnicy zwanej Zatybrze. Czekała nas długa wspinaczka na wzgórze Janikulum. W międzyczasie udało nam się kilka razy pomylić drogę, ale twardo pięliśmy się pod górkę. Ze wzgórza rozciąga się niesamowity widok na cały Rzym.







Przy okazji mała dygresja na temat upałów... czyli co wy wiecie o upałach w Rzymie! Temperatura tutaj nie jest jakaś przeraźliwa - maksymalnie osiąga 37-38 stopni. Problemem jest to, że ta temperatura utrzymuje się od godziny 10-11 rano aż do 18. Poza tymi godzinami spada o jakieś 2-3 stopnie. Większym problemem w Rzymie jest wilgotność powietrza, która utrzymuje się na poziomie 83% (dla porównania w Poznaniu jest to około czterdziesci, w Inowrocławiu ok. 25). To wszystko sprawia, że odczuwalna temperatura w Rzymie to około 40-45 stopni. Dodajcie sobie do tego dziewięciogodzinny spacer w tym upale - po kilku minutach od wyjścia z domu jesteśmy zlani potem, massssakra!
A wracając do wycieczki, po wspinaczce na wzgórze odwiedziliśmy jeszcze na Zatybrzu Plac oraz kościół Santa Maria in Trastevere (Trastevere, czyli Zatybrze).



Potem przez most Sykstusa, Wyspa Tyberyjska, Getto i synagoga oraz Forum Boarium, czyli plac, na którym, według legendy, odnaleziono kosz z Romulusem i Remusem.



Przy samym placu mozna odwiedzić Bazylike Santa Maria in Cosmedin, gdzie znajdują sie Usta Prawdy. W czasach starożytnych i średniowieczu wszystkich posądzonych o zbrodnie przyprowadzano tutaj, aby świadczyli o swej niewinności. Jeżeli ktoś zbrodnię faktycznie popełnił, usta odcinaly mu rękę. A dlaczego wyrocznia nie działa już dzisiaj? A na to akurat Rzymianie znaleźli piękne wytłumaczenie. Pewna Rzymianka oskarżona została o zdradę męża. Gdy przyprowadzono ją pod usta, z tłumu wybiegł młody mężczyzna i rzucił się na nią. Tłum potraktował go jako niespełna umysłu i odciągnął od kobiety. Kobieta przed wyrocznią powiedziała, że żaden inny mężczyzna oprócz mężą oraz obcego z tłumu nie trzymał jej w ramionach. Mężczyzną z tłumu był oczywiście kochanek. Wyrocznia obraziła się, że kobiecie udało się ją oszukać i nigdy więcej nie pomagała Rzymianom w sądach.






Ostatnim punktem wycieczki był Kapitol. Nikt z nas nie spodziewał się, że muzeum na Kapitolu jest tak ogromne. Pokoje i korytarze rzeźb, malowideł, arrasów i murów starych świątyń oraz piekny widok na całe Forum Romanum.







A tutaj zabawa Bartka w ekspresje fotograficzne:



A taką wannę zafundujemy sobie kiedyś do swojej łazienki ;)







Po kilku godzinach zwiedzania muzeum czas na relaks na schodach Kapitolu. W ciągu dwudziestominutowego odpoczynku z Kapitolu wyszły trzy śluby, pary młode obrzucone zostały ryżem, monetami, konfetti i wszystkim co tylko możliwe, a nam zebrało się na marzenia. Ślub w Kapitolu? Bartek stwierdził, że może od razu wartoby w Bazylice św. Piotra popytać. Doszliśmy jednak zgodnie do tego, że skromny kościół w Poznaniu nam chyba wystarczy ;) powrót obok Koloseum:





Na zakończenie dnia spagetti produkcji własnej - sos pomidorowo-balsamiczny z krewetkami, szynką parmeńską i oliwkami i pyszne lody :D



piątek, 9 lipca 2010

Włoska niespodzianka

M: Każdy dzien nalezy zacząć od pysznego śniadanka na balkonie.



Na jedzenie nie ma co narzekać - śniadania mamy dobre a i sami dbamy bardzo o swoją dietę :D Tak pięknie rozpoczęty dzień warto przeznaczyć na wcześniej zaplanowana wycieczkę. No więc pakujemy się i ruszamy przed siebie po to tylko, aby przy wejściu do metra natknąć się na kraty. Metro zamknięte. Hmm... ale może to tylko nasza stacja. No to warto dojśc na pieszo do następnej stacji. Idziemy wzdłuż murów Watykanu, w upale po to, aby dowiedzieć się, że następne metro... również nieczynne. Metro zepsute? Alarm bombowy? Nie, to Włosi postanowili strajkować! Nieczynne metro do godziny 17.00 oraz wszelkie autobusy i inne środki komunikacji miejskiej są ograniczone do minimum. Stwierdziliśmy więc, że upał nam nie straszny, droga też nie i na pieszo dojdziemy do centrum Rzymu. No to zaczynamy wyczieczkę!
Dzisiaj trochę tropami ksiązki "Anioły i demony", która czytaliśmy. Zaczynamy od Zamku św. Anioła. Połączony jest on z Watykanem murem, po którym można przejść w jedną i drugą stronę.





Oprócz tego podobno istnieją korytarze podziemne łączące ten zamek z Bazyliką Świętego Piotra, żeby papież miał gdzie zwiać szybko w razie problemów. Na samym szczycie zamku znajduje się anioł, który w książce wskazywał miejsce spotkań dawnej sekty.



Tutaj warto wspomnieć, że odpuściliśmy sobie wchodzenie na Bazylikę Św. Piotra. Jest to bowiem bardzo kosztowna wycieczka, pokonanie każdego z 550 schodów jest najwyraźniej niezwykle cenne, a z zamku św. Anioła roztacza się podobno o wiele piękniejszy widok, obejmujący również cały Watykan.












Następnie krętymi rzymskimi uliczkami, zaglądając po drodze do pięknych kościołów dotarliśmy na Campio de'Flori.



Warto może zacytować tu wiersz Miłosza, a dokładnie pierwszą jego zwrotkę, doskonale oddającą klimat placu:
"W Rzymie na Campo di Fiori
Kosze oliwek i cytryn,
Bruk opryskany winem
I odłamkami kwiatów.
Różowe owoce morza
Sypią na stoły przekupnie,
Naręcza ciemnych winogron
Padają na puch brzoskwini. (...)"
Na placu po raz kolejny oddaliśmy sie uczcie włoskiej, dziś zaliczając kolejną pizzę oraz connellioni z szpinakiem i serem i bardzo dobre włoskie wino.






Po obiedzie czas na dalszą wędrówkę. Ja dzielnie wyznaczałam trasę, Bartek pomagał, gdy nagle okazywało się, że jesteśmy zagubieni w nieznanej uliczce. Błądząc pięknymi ulicami zobaczyliśmy takie miejsca jak: Chiesa Nuova, Piazza Farnese, kościół Sant Andrea della Valle, Lango di Torne Argentina, kościół santa Maria sopra Minerva.



W końcu doszliśmy do Panteonu. Jest on najlepiej zachowanym zabytkiem starożytnym, jednak jego świetność nie przetrwała nawet w jednej dziesiątej. Podobno zerwany ze świątyni brąz posłużył m.in. do odlania 80 wielkich armat. Tutaj niestety trzeba wspomnieć, że do upadku wielu rzymskich starożytnych zabytków najwięcej przyłożyli sie kolejni papieże, zwłaszcza z okresów średniowiecza i renesansu. Wywozili oni wszystkie piękniejsze pomniki oraz robili sobie z tych zabytków "kopalnie" cennych kruszców i kamieni. Poniżej grób Rafaela Santi oraz kopuła:






Dalej Fontanna Di Trevi. Fontanna jest przepiękna i ogromna, ale największy wrażenie robi to ile osób dookoła niej siedzi. Na placu nie ma sie gdzie ruszyć. Za namową Bartka, udaliśmy się do lodziarni, gdzie kupilśmy rewelacyjne lody (swoją drogą poznajemy wiele nowych, ciekawych smaków, takich jak figowy, melonowy czy nutellowy).







Następnie udało nam sie trafić na defiladę wojsk włoskich przed Pałacem Kwirynalskim.



Dalej droga zawiodła nas do Kościoła św. Andrzeja na Kwirynale, Fontanny Mojżesza, Kościoła św. Marii od aniołów, Term Dioklecjana i Placu Republiki. Bartek próbował mnie namówić na jeszcze kilka zabytków, ale moje nogi nie dawały rady. 12km - taki oszacowany spacerek zrobiliśmy w upale 40 stopniowym po Rzymie. Masssakra. Były momenty, że Bartek nie dawał rady i trzeba go było wesprzeć silnym ramieniem, ale pociągnęłam, gdy było trzeba ;) A teraz idzimy spać, żeby miec siły na jutrzejsze boje. Pozdrawiamy!